Moja przygoda z rowerem – Mateusz Baran.

Fot: bikebaranek

Jak zaczęła się moja przygoda z rowerem, jak pomógł mi w życiu i czego mnie nauczył.

O swojej przygodzie z rowerem opowiada Mateusz Baran który prowadzi osobistego bloga Bikebaranek. Mateusz jeździ rowerem dobrze się przy tym bawiąc. Nie robi treningów, a dużo zdjęć. Odkrywa nowe miejsca i celebruje poczucie wolności, które daje mu rower i ten sposób spędzania wolnego czasu. 

Jak zaczęła się moja przygoda z rowerem?

Miałem chyba 15 lat. Wszyscy moi znajomi po szkole siedzieli przed komputerem, a ja z papierową, nieaktualną i pogniecioną mapą drogową mazowieckiego i ołówkiem zakreślałem punkty, do których chce trafić. Wsiadałem na rower i jechałem. Tak po prostu przed siebie. To były czasy, w których bardzo słabo znałem swoje miasto – Warszawę, nie mówiąc już o całej aglomeracji czy innych miejscowościach na Mazowszu. Góra Kalwaria, Warka, Nowy Dwór Mazowiecki czy Sochaczew to były w mojej głowie cele niemalże porównywalne ze zdobyciem jakiegoś wielkiego szczytu czy wygraniem jakichś mistrzostw. Takich zawodów we własnej głowie, rywalizacji z własnymi ograniczeniami, gdzie zamiast medali było parę fotek zachodów słońca, wspomnień, parę historii do opowiadania przyjaciołom w szkole.

Nie miałem wtedy „rowerowych” kumpli, na trasie też rzadko kiedy kogokolwiek napotykałem. To było takie poczucie całkowitego oderwania się od rzeczywistości, życie hasłami „łańcuch daje wolność” czy „ride, sleep, repeat”. To wszystko wywołało u mnie wrażenie, że robię coś totalnie oryginalnego i chociaż nie potrafiłem wielu rzeczy nazwać czy sprecyzować snując jakieś filozofie – już wiedziałem, że rower to jest potencjał, to jest siła, z którą zamierzam się związać.

Siła, energia z którą nie zawsze jest lekko i przyjemnie. Pamiętam swoje pierwsze w życiu 200 kilometrów „na raz”. Nie było łatwo. Te momenty jak ten, kiedy ledwo żywy siedziałem na jakiejś ławce gdzieś pomiędzy Sochaczewem a Skierniewicami, a do domu było jeszcze multum kilometrów do przejechania. Ale pamiętam też jak po każdych takich chwilach słabości docierałem o własnych siłach do domu. Byłem z siebie dumny, że się udało, że się nie poddałem. Niektórzy nazywają to sportem, kolarstwem. Mi te hasła za bardzo kojarzą się z cyferkową rywalizacją, dlatego unikam ich opisując siebie. Cieszę się, że poznałem rower od strony „celebrowania wolności” czy jak to nazwać. Od prostego schematu: ja, rower, droga – i nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba, a na pewno ograniczania się do jazdy dla średniej prędkości czy jakichś tam innych parametrów.

Później zacząłem jeździć coraz więcej i więcej. Poznawałem coraz to nowe osoby, towarzyszy wypadów. Przeżyłem parę fajnych akcji, nocnych spontanicznych wypadów gdzieś za Warkę, parę podróży z sakwami pod wschodnią granicę Polski. Rundek krótkich i długich. Kilka spektakularnych widoków zachodzącego słońca czy nieba pełnego gwiazd.

Czego nauczył mnie rower, jak pomógł mi w życiu?

Myślę, że przede wszystkim nauczył mnie pokory, znalezienia takiego środka pomiędzy zrobieniem czegoś naprawdę spontanicznego bez przygotowania a chwilami, w których z różnych powodów lepiej odpuścić. W czym mi pomógł? Na pewno przyczynił się do rozwiązania paru problemów osobistych. Całe dnie czy noce w trasie to nie tylko robienie zdjęć, słuchanie muzyki czy śpiewu ptaków, szumu opon. To także idealny czas na różne przemyślenia, zerknięcie na swoje życie z perspektywy. To sprzyja lepszemu podejmowaniu decyzji czy poukładaniu sobie różnych rzeczy w głowie.

Historie, przygody rowerowe są niesamowite dlatego, bo pisząc ten tekst nie opisuje czegoś co się skończyło. To cały czas trwa, będzie trwać. Teraz zaczynam swoją przygodę z rowerem szosowym i chociaż dziś większość Mazowsza znam już na pamięć to każdy wypad, każda trasa i tak jest wyjątkowa. W najbliższym czasie zamierzam też trochę podróżować z rowerem. Ale bez samolotów i światowej marki szosowych miejsc. Chcę poznać więcej Polski, która jest na prawdę piękna. Niektóre miejsca po prostu trzeba zauważyć, czasami pojechać inną drogą niż wszyscy. I to jest też coś, czego nauczył mnie rower.

Mateusz Baran na Instagramie: bikebaranek

Zainteresowało Cię? Podziel się z innymi:
Share

Zainteresuje Cię Również...

komentarze 4

  1. Agnieszka Ilnicka napisał(a):

    Super 🙂 W dodatku na rowerze nie da się nudzić, mimo że bardzo często „nie myślę o niczym”, po prostu mój umysł odpoczywa i się regeneruje

  2. MarqoBiker za-miedza napisał(a):

    U mnie sytuacja prawie kropka w kropkę 🙂 . Z tą różnicą że ja nie lubię jeździć w nocy, ale wiadomo ze każdy pasjonat rowerowania jest indywidualistą a co za tym idzie , każdy lubi co innego ale na szczęście szanujemy się nawzajem .
    Ja tak samo jak auto, wolę poznawać piękno naszego kraju niż wydawać kupę pieniędzy na zagraniczny wyjazd i potem lansować się jedną czy dwoma fotkami na fejsie , w Polsce mogę zrobić nie takie fotki , trzeba tylko mieć chęci do poznawania własnych okolic bliższych lub dalszych

  3. Ania napisał(a):

    Jakbym czytała wywiad ze mną…

Dodaj Komentarz...