Zapomniana duma polskiego sportu – Karolina Kocięcka

„Energicznym krokiem wchodzi »skromny granatowy płaszczyk i jeszcze skromniejszy czarny kapelusik«. Pod nim twarz »starszej pani«. Jeszcze czerstwa, ale już odznaczona dyplomem szkoły życia: zmarszczkami. W twarzy oczy. Jasne, młode i silne […] – Jestem Karolina Kocięcka”.

Dziennikarz „Kurjera Sportowego” Józef Irża, któremu w 1933 roku przyszło przeprowadzić rozmowę z przybyłą do redakcji panią, bez większych emocji uścisnął podaną mu dłoń. Nie wiedział jeszcze co ma do opowiedzenia ta drobnej postury, nie najmłodsza już kobieta. A opisać mu miała swoją przeszłość – piękną karierę niedoścignionej przez wielu cyklistki, podziwianej przez rówieśników, a zapomnianej przez następne pokolenia. Kto z nas pamięta dziś o Karolinie Kocięckiej, wielokrotnej rekordzistce świata na różnych dystansach, pogromczyni mężczyzn w licznych wyścigach, jednej z bojowniczek o miejsce dla kobiet w sporcie, wybitnej i cenionej kolarce przełomu XIX i XX wieku?

Diablica wsiada na rower

Karolina Kocięcka (licencja fot: domena publiczna).

Karolina Kocięcka (licencja fot: domena publiczna).

Karolina Kocięcka urodziła się w Warszawie w 1875 roku. Z powodu straty matki w wieku zaledwie 10 miesięcy wychowywała się w męskim towarzystwie (miała dwóch starszych braci). Niewątpliwie nie pozostało to bez wpływu na jej późniejsze postrzeganie świata i ułatwiło przyswajanie pewnych nowości, których reszta społeczeństwa nie była w stanie tak szybko zaakceptować. Gdy zatem nastoletnia Karolina po raz pierwszy wyjechała na warszawskie ulice rowerem wzbudziła niesamowite zgorszenie (miała wtedy dwanaście lub piętnaście lat). Przedstawicielka płci pięknej odziana w męski strój sportowy, poruszająca się w dodatku na dwukołowym dziwactwie – tego było stanowczo za dużo, wszak u schyłku XIX wieku nawet w dużych miastach wielu ludzi nie było przyzwyczajonych do widoku roweru. Cyklistka początkowo nie znalazła zrozumienia nawet wśród własnej rodziny, która – jak sama wspominała po latach – „wyklęła ją”. Mimo trudności robiła to, co naprawdę pokochała, nie oglądając się na wstrząśniętych jej wyczynami rodaków.

Kolarska przygoda Kocięckiej zaczęła się na całego wraz z podwarszawskim wyścigiem na 25 wiorst (ok. 27 km), zorganizowanym w 1891 roku. „[…] oczywiście na starcie, jak zwykle, mieli stanąć wyłącznie mężczyźni” – wspominała cyklistka blisko czterdzieści lat później w czasie wywiadu w Rzymie. „Zaprotestowałam, prosząc […], aby w wyścigu mogły startować również kobiety […]. Usłyszałam wtedy, że jestem właściwie jeszcze dzieckiem, a nie kobietą, ale ostatecznie zgodzili się”. W taki sposób na linii startowej – poza kilkunastoma mężczyznami – stanęło w sumie siedem kobiet, w tym słynna niemiecka kolarka Berta. Widownia była przekonana, że to właśnie ona odniesie sukces. Jak wielkie zaskoczenie musiało odmalować się na twarzach obserwatorów, kiedy jako pierwsza dotarła na metę, nieznana jeszcze ze swoich możliwości, Kocięcka. „Najpierw była konsternacja, zdumienie, ale później radość i pochwały. A mnie to tylko podbudowało na duchu, zaczęłam marzyć o nowych występach. Rower i szosa były dla mnie wszystkim”.

Przez rzekę w pończochach

Rowerzystka w Brisbane w Australii, ostatnia dekada XIX w. (fot: domena publiczna).

Rowerzystka w Brisbane w Australii, ostatnia dekada XIX w. (fot: domena publiczna).

O niezwykłej determinacji, wytrwałości i odwadze Kocięckiej można się było przekonać w 1896 roku, kiedy to została zaproszona do Lwowa na 75-wiorstowy (ok. 80 km) wyścig. By dotrzeć na miejsce, musiała przedostać się przez granicę, dzielącą Kongresówkę i zabór austriacki, nie mając na to żadnego zezwolenia. Skończyło się na przekupieniu rosyjskiego żandarma i nocnym biegu przez las. „[…] proszę sobie wyobrazić, jak w lakierkach i krótkich pantalonach, ażurowych pończochach biegłam lasem, potem przechodziłam przez rzekę, a później, jeszcze sześć kilometrów szłam do najbliższej stacji kolejowej”. Trud nie był nadaremny. We Lwowie czekało na Kocięcką serdeczne przyjęcie przez organizatorów i widzów, a także pierwsze miejsce w wyścigu. Cyklistka pokonała wówczas 20 mężczyzn.

Dwa lata później, w 1898 roku, Kocięcka otrzymała zaproszenie do Petersburga. Odbywał się tam kolejny już, dość wówczas popularny, wyścig stadionowy na czas. „Trzeba było jeździć wokoło dwanaście godzin bez przerwy. Stanęłam na starcie. Pompa niebywała. Dziesiątki tysięcy ludzi i kilka wojskowych orkiestr. Prawdziwy piknik. Startowało dziewiętnaście wybitnych kolarzy Europy”. Cóż to jednak było dla Kocięckiej. Rywale odpadali jeden po drugim. Publiczności przybywało, gdyż każdy chciał na własne oczy obejrzeć wyczyny nieugiętej cyklistki. Po dwunastu godzinach nieprzerwanej, a pod koniec już samotnej jazdy (wszyscy pozostali zawodnicy zrezygnowali) Kocięcka dotarła do mety i odniosła kolejne zwycięstwo, ustanawiając do tego kobiecy rekord świata (którego nie omieszkała później dwa razy poprawić). Nazwano ją wtedy Latającą Diablicą. „Gdy zeszłam z roweru byłam zwinięta w kłębek” – wspominała. „Nóg nie mogłam rozprostować, ale cieszyłam się bardzo z tego zwycięstwa, gdyż wszyscy wiedzieli dobrze, że jestem Polką”.

Mimo zwycięstw i uplasowania się na wysokim miejscu w europejskim sporcie, do którego prawa nikt nie mógł jej już odmówić, Kocięcka nadal spotykała się z nieprzychylnymi reakcjami rodaków. Wojowniczy charakter nie pozwalał jej jednak na zwątpienie. Jak sama później stwierdziła, nie baczyła na negatywny stosunek rodziny i „śmiech ulicy”: „[…] startowałam i biłam rekordy na 100, 300 i 400 wiorst. Bawiło mnie to, żyłam tym”. Warto w tym miejscu nadmienić, że w samym tylko 1899 roku Kocięcka uzyskała najlepszy rezultat aż 75 razy.

Rok 1900 przyniósł kolejne doświadczenia. W stolicy Francji odbywały się wówczas dwie wielkie imprezy: Światowa Wystawa Powszechna oraz fatalnie zorganizowane Igrzyska Olimpijskie, o których trwaniu większość sportowców nie zdawała sobie sprawy. Nad Sekwanę przyciągała przede wszystkim olbrzymia wystawa i właśnie ona zachęciła Kocięcką do wycieczki rowerowej. Trasę Warszawa–Paryż wyznaczyła sobie przez Poznań, Berlin, Kolonię i Reims. Gdy przejeżdżała przez tereny niemieckie spotkał ją bardzo miły gest ze strony burmistrza jednego z miasteczek, które znalazło się na jej drodze – mężczyzna zostawił w jej książeczce pamiątkowej wpis: „Jeszcze Polska nie zginęła”. I miał rację. Polska żyła m.in. właśnie dzięki takim osobom, jak Kocięcka.

Nasza Diablica, posmakowawszy w dłuższych trasach, postanowiła w roku następnym zmierzyć się z dystansem o wiele dalszym, niż te, do których przywykła. Tym razem chodziło o ponad 5 tysięcy wiorst. Rajd był wyznaczony na drodze Petersburg–Warszawa–Moskwa, którą Kocięcka pokonała w sześć tygodni. Pomimo różnych warunków pogodowych, nie zważając na deszcz i wiatr, dzielnie przemierzała kolejne kilometry. Sprzęt spisywał się bardzo dobrze, obeszło się bez żadnego wypadku. „Dopiero 17 km przed finiszem – siedemnaście razy pękały mi opony, tak były poprzecierane. Ta »siedemnastka« była jednak dla mnie szczęśliwa, gdyż rajd skończyłam zdrowo i w dobrym czasie, ustanawiając nieznane dotąd rekordy rajdowe. Był to rok 1901”. Cyklistka przebyła równo 5227 wiorst (ok. 5577 km).

Francuscy cykliści Paul Masson i Leon Flameng (domena publiczna).

Francuscy cykliści Paul Masson i Leon Flameng (domena publiczna).

Kocięcka, jako kobieta nowoczesna, nie stroniła też od motoryzacji. Po rowerowej trasie Petersburg–Warszawa–Moskwa przesiadła się chwilowo na motocykl, aby przebyć rajd dookoła Finlandii. W wyścigach kolarskich startowała jeszcze przez kilka lat, aż zakończywszy kolarską karierę, chwyciła za kierownicę samochodu.

Jako jedna z pierwszych kobiet zdała w Paryżu egzamin na prawo jazdy. Z biegiem lat pamięć o jej wyczynach zacierała się. „Już niewielu pozostało kolegów, z którymi startowałam i wybijałam »okno« do Europy dla polskiego sportu” – stwierdziła w 1934 roku.

Ku pamięci

Dlaczego tak barwna i ważna postać polskiego sportu tak łatwo odeszła w zapomnienie? Jak to możliwe, że nawet żyjący w czasach jej współczesnych Józef Irża nie wiedział, kim jest wchodząca do redakcji „Kurjera Sportowego” pani, która w parę chwil później urzekła go swoją historią? Otóż Karolinie Kocięckiej przyszło odnosić sukcesy w czasach niełatwych dla kobiet – zwłaszcza tych uprawiających sport. Silnie zakorzenione w społeczeństwie stereotypy zaczęły być już wprawdzie przełamywane przez ruchy emancypacyjne, jednak te skupiały swoją uwagę przede wszystkim na dostępie do edukacji i walce o prawa polityczne. Sport żeński musiał poczekać na swoją kolej, tymczasem stanowiąc źródło ogólnego zgorszenia.

Dowodem na niechętny stosunek do pań uprawiających sport jest chociażby nieco dwuznaczne zachowanie ówczesnej prasy, która z jednej strony życzliwie przyglądała się kobiecym wyczynom sportowym, z drugiej zaś unikała podawania ich nazwisk. Gazety postępowały tak, by zachować anonimowość kobiet i tym samym uchronić je przed potępieniem ze strony społeczeństwa. Intencje może faktycznie były dobre, jednak niewątpliwym skutkiem podobnych praktyk jest zapomnienie o bohaterkach polskiego sportu, do których należy Karolina Kocięcka.

Bibliografia:

  • Irża Józef G., Nieznana rekordzistka świata, „Kurjer Sportowy”, 1933, nr 44, s.2;
  • Kronika sportu, pod red. Mariana B. Michalika, „Kronika”, Warszawa 1993;
  • Lipoński Wojciech, Historia sportu, PWN, Warszawa 2012;
  • Tuszyński Bogdan, Od Dynasów do Szurkowskiego, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1986.
Niniejszy tekst pierwotnie opublikowany został w portalu historycznym Histmag.org, materiał jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Autor: Julita Kamionowska

Zainteresowało Cię? Podziel się z innymi:

Zainteresuje Cię Również...

komentarze 2

  1. mocnerowery napisał(a):

    Sportowcy poświęcają swoje życie dążąc do doskonałej sprawności, osiągają sukcesy a później niestety bardzo często odchodzą w zapomnienie. Miałam okazję doświadczyć podobnej sytuacji, gdy dzwoniłam po polskich olimpijczykach z zaproszeniem do PKOLu na rocznicę. Olimpijczycy opowiadali mi swoje historie to wszystko, było dla nich jak z wczoraj, ja niestety poznawałam ich dopiero po wykręceniu numeru z listy. Nigdy wcześniej nie słyszałam o większości osób z listy, chociaż Maja Włoszczowska była mi dobrze znana, z Nią również miałam okazję porozmawiać. Pozdrawiam.

Dodaj Komentarz...